Kujawsko – Pomorska piaskownica

Fot: Bartosz Bieliński

Fot: Bartosz Bieliński

Od narodzin naszego województwa minęło właśnie 15 lat. Ideą towarzyszącą jego powstawaniu było wzajemne uzupełnianie oraz wspieranie dwóch stolic Kujaw i Pomorza wraz z uwzględnieniem interesu pozostałych gmin. Oba miasta, naszym zdaniem niesłusznie, w krajowych dokumentach zostały wyznaczone do stworzenia w przyszłości komplementarnego i zintegrowanego funkcjonalnie oraz przestrzennie rdzenia. Niestety czas pokazuje, że władze i elity Torunia nie znają lub nie rozumieją tych podstaw, a niedawno, przez bydgoski opór przy tworzeniu obszaru Zintegrowanego Inwestycji Terytorialnych, otworzyli nową szkołę wykładni pojęć „demokracja” i „dyktatura”. Nie wspomnę już o wykazywaniu jakiekolwiek solidarności i empatii z sąsiadami znad Brdy, z którymi, choćby ze względu na odgórne założenia, powinien mimo wszystko łączyć ich jakiś sojusz, w trosce o dobro całego regionu.

Z końcem poprzedniego ustroju odeszło się od monofunkcyjności ośrodków i rozpoczęto uzupełnianie ich o inne role. W ten sposób z przemysłowa do niedawna Bydgoszcz rozwinęła nie tylko swoje zaplecze sportowe i naukowe, w towarzystwie nagradzanych opery i teatru. Toruń po wojnie otrzymał funkcję prężnego ośrodka akademickiego i dzięki gotyckiemu dziedzictwu stał się również turystyczną „mekką” Kujaw, w mniejszym stopniu stawiając na wszechobecny w tamtych czasach przemysł. Teraz poza toruńskimi zabytkami i uniwersytetem słyszymy często o walorach jego oferty kulturalnej. Mnogość funkcji obu tych miast prosi się wręcz o uporządkowanie, a także wspieranie ich tradycji i mocnych stron.

Dlaczego więc dwa ośrodki, które od kilku lat powinny się wzajemnie uzupełniać konkurują ze sobą? Dlaczego w Toruniu powstaje nowoczesna hala sportowo – widowiskowa pomimo wieloletnich bydgoskich tradycji lekkoatletycznych zarówno na stadionie przy Gdańskiej jak i  hali Łuczniczka? Sala Koncertowa? Nie, nie w muzykalnej Bydgoszczy, w towarzystwie Akademii Muzycznej, filharmonii i opery, ale na toruńskich Jordankach. Prywatna uczelnia pewnego toruńskiego  duchownego okazała się ważniejsza, niż publiczne bydgoskie szkoły wyższe. Z trwogą oczekuję na pierwsze wieści o budowie lotniska międzynarodowego pod Toruniem, ponieważ podupadający terminal z ambicjami 60 km dalej to za mało jak na jedno województwo, a z pewnością za mało jak na ego toruńskich władz.  By nie trącić hipokryzją – jestem przeciwniczką odbudowy budynku na pl. Teatralnym jeśli miałby to być kolejny teatr. Jestem też zdania, że naszym mieście wystarczy jeden duży uniwersytet, kładący nacisk na kierunki ścisłe i techniczne, humanistykę pozostawiający UMK. Przyglądając się ostatnim inwestycjom w obu miastach można dostrzec, które z nich czuje potrzebę niezależności tak silnej, że przeczy ona jakimkolwiek chęciom integracji.

Panie Marszałku, czy na tym polega komplementarność najważniejszych ośrodków województwa, którym Pan włada? Czy mamy rozumieć, że inwestycje dublują się, żeby zaoszczędzić pieniądze i czas na podróżowaniu do siebie nawzajem? Proszę się nie dziwić, że bydgoszczanie, reprezentowani przez władze, nie chcą się zgodzić na współpracę z Toruniem przy ZIT, skoro najprawdopodobniej te inwestycje z integracją nie będą miały nic wspólnego, a przynajmniej nie na linii Bydgoszcz – Toruń. Tak jak na swoim blogu napisał prezydent Bruski, lata współpracy nauczyły nas pilnowana swojego interesu. Z resztą o czym my w ogóle mówimy, pewnie znów gminy Bygoskiego Obszaru Funkcjonalnego „napiszą słabe projekty” i dostaniemy na mieszkańca dwukrotnie mniejszą kwotę niż ta przypadająca na jednego torunianina.

Obszar ZIT, będący pewnego rodzaju zalążkiem metropolii, powinien być jak piaskownica, do której każdy przynosi swoje zabawki, ale bawimy się też cudzymi. Jeden ma wiaderko, drugi sitko, a ktoś inny wywrotkę na sznurku. Nie podkopujemy zamków z piasku kolegi i nie licytujemy się, kto ma lepszą łopatkę. Szkoda, że nie każdy potrafi się bawić.

Monika Brodziak