Powtórka z rozgrywki

Tramwaj 3 Pesa„Bydgoszcz musi być miastem przyjaznym dla kierowców, nie możemy w imię ideologii lub wielkich inwestycji tamować ruchu.” – to jeden z postulatów wyborczych Marcina Sypniewskiego, kandydata na prezydenta naszego miasta z ramienia Kongresu Nowej Prawicy, przedstawionych w wywiadzie opublikowanym parę dni temu przez portal Polonia1920.pl. Jako potencjalny wyborca jeszcze przed eurowyborami bacznie obserwowałam poczynania tej partii na krajowej scenie politycznej i z satysfakcją patrzyłam na jej osiągnięcia. Satysfakcją, bo jakkolwiek kontrowersyjnym liderem nie byłby Janusz Korwin – Mikke i jakkolwiek mniej lub bardziej populistyczne hasła z jego strony można usłyszeć, to jego ugrupowanie nie zasłużyło na nagonkę mainstreamowych mediów, której właśnie doświadcza. I choć nie życzę mu źle, bo uważam, że konserwatywno – liberalny punkt widzenia pomógłby Polsce i bydgoskie struktury mają parę dobrych pomysłów, to z przykrością stwierdzam, że w nadchodzących wyborach nie oddam głosu na ich bydgoskiego przedstawiciela.

Każdy socjolog, geograf i urbanista powie Wam, że miasto to LUDZIE. Nie tylko, tak umiłowani przez pana Sypniewskiego, kierowcy, ale i piesi, rowerzyści, rolkarze, wrotkarze czy niepełnosprawni. Dopóki chodziło mu o zakorkowane ulice, bezsensowne oznakowanie drogowe czy brak miejsc parkingowych to wszyscy jesteśmy zgodni, że należy poprawić sytuację  w naszym mieście. Często czytając i słuchając korwinowców jestem jednak niemalże pewna, że ideologią, o której wspomina ten kandydat, jest przywracanie miasta tym, którzy zamiast samochodu wybiorą rower, autobus, tramwaj czy własne nogi. Daje nam więc do zrozumienia, że za jego czasów rządzenia miastem to kierowcy mają mieć dobrze.

Pytam więc: czy umknęły mi ostatnio jakieś działania ze strony ratusza dyskryminujące kierowców? Czy czują się prześladowani? Czy chodzi o sytuacje, kiedy mogliby zatrzymać się na 20 sekund przed przejściem dla pieszych, a mijają je nawet nie rozglądając się na boki ? Kiedy zmuszeni „absurdalnymi” przepisami jechać osiedlową uliczką z prędkością 30, a pędzą nią 80 km/h, lub, o zgrozo kiedy muszą się podzielić kawałeczkiem jezdni z rowerzystą?  Czy może wtedy, kiedy nie mogą wjechać swoim autem do sklepu, tylko muszą je zostawić 300 m dalej w strefie płatnego parkowania?

A o co chodzi z tymi „wielkimi inwestycjami”, o których pan mówi? Przecież większość inwestycji w naszym mieście ma po ich ukończeniu służyć samochodziarzom. Przebudowa Węzła Zachodniego, poszerzanie Grunwaldzkiej, przebudowa Gdańskiej, wiadukt tramwaju do Fordonu, skrzyżowanie przy nadchodzącej wielkimi krokami budowie sklepu Ikea – wrotkarze raczej korzystać z nich nie będą. Zapomniał pan, że wraz z kierowcami w korkach stoją też pasażerowie autobusów. W wywiadzie jednak nie padło ani jedno słowo o komunikacji publicznej.

Powyższe postanowienie polityka brzmi o tyle zabawnie, że zaraz potem w wywiadzie czytamy:

„Chcę ujrzeć miasto tętniące życiem od rana do nocy. Chodniki pełne drobnych handlarzy i ulicznych artystów. A za nimi witryny lokali usługowych i handlowych pozbawione tabliczek „do wynajęcia”.

Chłopie, to się nie dodaje! Chce Pan zrobić kierowcom dobrze, to proszę zlikwidować chodniki, zaorać (alby sprywatyzować) te niedochodowe skwery i pozwolić im na nich parkować. Co się będzie Pan certolił, niech wjeżdżają na całą ich szerokość! Jak piesi nie będą mogli po nich spacerować, to na pewno okoliczni przedsiębiorcy będą zachwyceni, że mają klientelę. Uliczni artyści będą mogli co najwyżej pochować się po kamienicznych gankach, a na ręcznie malowanych tabliczkach „do wynajęcia” drobni handlarze zbiją świetny interes. A chyba nie o to nam wszystkim chodzi. Proszę więc uważać na słowa, bo albo wprowadził Pan wyborców w błąd, albo nie do końca rozumie procesy zachodzące w mieście.

Dobry prezydent miasta powinien być dobrym menadżerem, ale i wrażliwym gospodarzem, który chce dyskusji oraz konsensusu pomiędzy mieszkańcami o różnych punktach widzenia i potrzebach. Nie może służyć interesowi jednych, a drugich zamykać jak szufladę. Jeden już taki był mądry, który niezadowolonym mieszkańcom polecił przeprowadzkę do Gdańska. Jak Pan zapewne pamięta – nie utrzymał się na kolejną kadencję.

Monika Brodziak