O wyborach od strony osoby liczącej głosy

DSC_1856Od wyborów minął już tydzień, ale emocje nadal nie opadły. Podobnie, jak “zima jak zwykle zaskoczyła drogowców”, tak “wybory jak zwykle zaskoczyły PKW”. Podobno zlecili pisanie programu przeciętnej studentce informatyki. Tak na marginesie – podziwiam przeciętnych ludzi, którzy potrafią się gdzieś wkręcić, wybić, są obrotni. Jakimś dziwnym trafem tacy jak oni zawsze zgarną okazję do zabłyśnięcia, a zarazem skompromitowania. Wielu zdolnych studentów nie potrafi wykorzystać swojego potencjału, bo za dużo się zastanawia, niezdrowo zaniża swoje umiejętności i zostaje w cieniu, więc są reprezentowani przez takie panie Kasie czy Karoliny. Nie będę jednak wyładowywać swojej złości i zazdrości na tej biednej dziewczynie, bo uważam, że cała wina leży po stronie leśnych dziadków z Państwowej Komisji Wyborczej.

Społeczeństwo wiesza też psy na obwodowych komisjach wyborczych. Jako członek jednej z nich nie będę usprawiedliwiać wszystkich, mogę odpowiadać tylko za swoją. Byłabym jednak bardzo ostrożna z oskarżeniami, które padają na nas i na naszą pracę. Zacznę od warunków, w jakich mieszkańcy oddają głosy. Nasz lokal wyborczy był niczym innym, jak ogromną szkolną świetlicą podzieloną na 3 nierówne części. Nasza była ta najmniejsza, za mała na obwód w którym jest przeszło 2 tysiące uprawnionych do głosowania. Wyborcy przychodzili do komisji falami, prosto z kościoła, o co nie można mieć od nich pretensji – zwłaszcza do osób starszych, które chcą wszystko załatwić za jednym zamachem. Na raz 30 – 40 osób chce oddać głos, ale nie może tego zrobić od razu. Są dwa stanowiska z parawanem i odkryty stolik z dwoma krzesłami przygotowany dla męża zaufania. Ewentualnie jeszcze jedno małe miejsce przy parapecie. Nim ludzie przejrzą wszystkie 3 – 4 karty, przeczytają ze zrozumieniem instrukcję, mija nie raz nawet 10 minut. Ciężko może być się skoncentrować, gdy w ciasnym lokalu wyborczym ktoś się ciągle o kogoś ociera, przepycha, ludzie przychodzą z dziećmi – zarówno małymi, które trzeba mieć ciągle przy sobie, jak i dużymi, które nie oddają głosu, a przychodzą z ciekawości. Przez tłok ludzie wychodzili z lokalu wyborczego z wydanymi im kartami, co jest zabronione. Proszeni o wrócenie z powrotem do lokalu bywali nieprzyjemni. Później, przy zliczaniu głosów, czytaliśmy na karcie, obok prawidłowo zaznaczonego głosu W TYM LOKALU NIE MA WARUNKÓW DO GŁOSOWANIA. W tłumie głosujących mogli równie dobrze, niezauważeni, wziąć wydaną przez nas kartę i pójść ją sprzedać. Podobnie jak wrzucić nadprogramowy egzemplarz do urny.  Z perspektywy czasu stwierdzam, że mogliśmy wpuszczać głosujących do lokalu po 3 – 4 osoby, ale wówczas pewnie nasłuchalibyśmy się na swój temat co nie miara.

Z resztą i tak słuchaliśmy. Że podłoga brudna, a my się obijamy, więc moglibyśmy tu przetrzeć, że tyle kart do wypełniania, że rozpiska ulic niezrozumiała, bo jak to jest, że parzyste numery domów z ulicy X są w jednym obwodzie, a nieparzyste w drugim – zupełnie jakbyśmy drukowali obwieszczenia i byli za nie odpowiedzialni. Zastanawiam się, jak to jest żyć na jednym osiedlu, na jednej ulicy kilkanaście czy nawet kilkadziesiąt lat i nie pamiętać, w jakim obwodzie się głosuje. Oraz w jaki sposób się głosuje. Nie uznawaliśmy głosów zaznaczonych ptaszkiem i parafką, a także kart, na której głos był na więcej, niż jednej stronie. To oczywiste, ale nie dla wszystkich. Oczywiście – instrukcja, oprócz tego, że wisi na ścianie, to widnieje na każdej stronie kart do głosowania. DROBNYM DRUCZKIEM, tak by starsi ludzie przypadkiem tego nie przeczytali. Raptem parę osób zapytało, ile głosów mogą oddać. Odpowiadaliśmy, że jeden krzyżyk na kolor, co wg mnie jest jasną, krótką i zrozumiałą informacją. Przynajmniej dla nie-daltonistów, ale nikt do tej wady wzroku nam się nie przyznał. Do tego dodać należy brak głosu lub dorysowanie dodatkowej krateczki, skreślenie jej i napisanie obok “JA”  czy też “MARIUSZ WYPIERDALAJ” i tym sposobem nazbierała się pokaźna sumka nieważnych głosów. Nie wspominając już o całej masie niewykorzystanych kart, które co wybory drukowane są kompletnie bez sensu. Zamiast drukować 30 mln kart do głosowania, niech wydrukują ich mniej, a o jedną stronę więcej. Podobnie jak na maturze na stronie tytułowej powinien być podany w jasny sposób metodę oddawania głosu. Sporo było też kart pustych, najwięcej – kart z listami do sejmiku. Prawdopodobnie nie dla wszystkich jasne są kompetencje tego organu.

Przy zliczaniu głosów obecne były dwie osoby w roli mężów zaufania. Jedna z nich, starsza pani, została z nami do końca, czyli prawie do szóstej rano.  Na początku irytowała nas ich obecność, potem jednak ich uwagi odnośnie naszej pracy okazały się pomocne. Liczenie głosów trwało długo, ale myślę, że robiliśmy to nadzwyczaj skrupulatnie, po części przez ich obecność. Najgorzej czekało się na wygenerowanie protokołu. Komisja w lokalu obok skończyła liczyć głosy już o 1 w nocy, ale siedziała jeszcze dodatkowe dwie godziny przez problemy z systemem PKW. Podobnie komisja “dwie części świetlicy” dalej. Przez ich problemy my siedzieliśmy dwie godziny czekając na swoją kolej i grając w chińczyka, niektórzy głodni, spragnieni i/lub po prostu zmęczeni. Nie mogliśmy opuścić szkoły choćby na papierosa. Szkoła była zamknięta na cztery spusty.

Nie chcę, żeby ktoś potratował ten wpis jak gorzkie żale osoby, której przecież nikt nie kazał zgłaszać się na członka komisji. Może zaskoczę parę osób, ale ja lubię bycie członkiem OKW. Jest to coś, co mieści się w zakresie moich zainteresowań, zaspokaja moją potrzebę brania udziału w czymś ważnym, pomagania komuś i działania zespołowego. Piszę to raczej dla głosujących mieszkańców, którzy nie raz sądzą, że wszyscy jesteśmy urzędnikami, więc się obijamy i zależy nam tylko na pieniądzach. Nikt mi nawet nie zasugerował, by poprzekładać głosy czy uznać więcej kart za nieważne. Sprawdzaliśmy siebie nawzajem. Jeśli społeczeństwo ma wątpliwości co do naszej pracy, to proponuję zezwolić ludziom na filmowanie i fotografowanie przebiegu głosowania oraz procesu zliczania głosów. Nie jestem zadowolona z wyników wyborów, jednak praca z niedzieli na poniedziałek przyniosła mi satysfakcję. Jestem gotowa na ewentualną powtórkę wyborów, choć w mojej opinii jest to niestety  nierealne.

 

Monika Brodziak