Fanatyzm historyzmu

Fot: Paweł Zielke

Fot: Paweł Zielke

Wielu z nas ma mieszane uczucia patrząc na architekturę pozostawioną przez nurt ideologiczny poprzedniego ustroju. Nawet oceniając go negatywnie nie możemy negować również całego jego dorobku. Chociażby sztuka planowania miast nosiła jeszcze wtedy ostatnie znamiona sztuki, by teraz zamienić się w szereg strategii, prawnych regulacji i społecznych konsultacji, które nierzadko kończą się niesmakiem i rozczarowaniem. Nie twierdzę tutaj, że narzucanie czegoś mieszkańcom jest właściwą drogą do osiągnięcia ładu przestrzennego – raczej odczuwam tęskonte za czasami, gdy projektowano dla człowieka, a nie dla samochodów.

Większości dorobek architektoniczny PRL kojarzy się z wieżowcami z prefabrykatów i jest do ówczesnego porządku bardzo uprzedzona. Są jeszcze ludzie rozdrażnieni samą myślą zamieszkania w wielokondygnacyjnym budynku ze względu na kiepskie skojarzenia z „wielką płytą” i zdezelowanymi windami. Mnie, zarówno budynki użyteczności publicznej, jak i mieszkalnictwo poprzedniej epoki kojarzą się raczej z dobą socrealizmu z nutką zafascynowania funkcjonalizmem właśnie. Przeciętny człowiek odwróciłby wzrok na monumentalne gmachy o ciężkiej formie i nie może patrzeć na jednorodzinne „klocki” usiane w całej Polsce – od najmniejszych przysiółków do dzielnic mieszkaniowych największych miast. Przykładem przyzwoitego założenia urbanistycznego lat 50. w Bydgoszczy jest Osiedle Leśne, chociażby ze względu na prostotę, funkcjonalność i pamięć o zieleni.

I choć dobrze jest patrzeć na tamte czasy z sentymentem, to źle dzieje się, gdy sentyment przeważa nad zdrowym rozsądkiem. Tęskniąc za Teatrem Miejskim czy za starym Dworcem Głównym PKP powinniśmy zdjąć klapki z oczu i spojrzeć szerzej. Budynki nie tworzy się tylko dla nas. One będą stać jeszcze długo po naszej śmierci. Będą służyć ludziom, którzy socrealizm czy zabudowę dziewiętnastowieczną będą znać tylko z książek. To prawda, że pewne formy są uniwersalne, ale nie powinno się ich nadużywać. Czasem trzeba zaufać wizji młodszego (dla mnie – nieco starszego) pokolenia, a oceniać nie po nieudolnych wizualizacjach, a po namacalnym efekcie końcowym, co wiąże się z zaufaniem i otwartością na wizję drugiego człowieka.

Stąd też apeluję o wyjście z ram konserwatywnych poglądów i konwencjonalnych rozwiązań, zwłaszcza do środowisk, które, zapewne kierowane lokalnym patriotyzmem i pozytywnymi pobudkami, nieopatrznie z rozwijającego się miasta mogą utworzyć skansen.

 

Monika Brodziak