Opatrunek na okaleczoną przestrzeń

dsc04464Miejscy aktywiści ogłosili triumf – wejdzie w życie upragniona przez nich tzw. ‘ustawa krajobrazowa’. Jej zapisy mają uregulować m.in. obecność reklam zarówno w miejskiej przestrzeni publicznej, jak i w krajobrazie terenów niezabudowanych kładąc kres co raz częstszej reklamowej samowoli. Sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta Olgierd Dziekoński wprost mówi o zaśmiecaniu przestrzeni publicznej, wskazując dodatkowo na fakt, że nadmiar reklam pozbawia sens ich umieszczania przez reklamodawcę – wszystkie szyldy, banery i bilboardy zaczynają zlewać się potencjalnym klientom w jedno i nie zapadają przez to w pamięć. Dzięki przeprowadzanemu raz na 20 lat audytowi samorządy wojewódzkie zdobędą informacje na temat obecności na ich terytorium miejsc o cennych walorach krajobrazowych i będą mogły ustanowić na nich dodatkowe zasady służące ich ochronie. Niestety – przywrócenie estetyki ma też swoją cenę: samorządy będą musiały pokrywać ewentualne koszty wynikające z trudności czy wręcz braku możliwości użytkowania nieruchomości w dotychczasowy sposób ze względu na ustalone obostrzenia. Rady gmin z kolei będą miały możliwość ustalenia zakazów i ograniczeń w umieszczaniu tablic, napisów i ogłoszeń. Radni uchwalać będą nowe akty prawa miejscowego – „Zasady i warunki sytuowania obiektów małej architektury, tablic reklamowych oraz ich ogrodzeń”. Za umieszczenie reklamy niezgodnej z przyjętymi warunkami będzie grozić grzywna ustalana na podstawie obowiązującej na danym obszarze opłaty reklamowej.

Z początku ja także byłam entuzjastką tej inicjatywy ustawodawczej. Po pewnym czasie, kilku przeczytanych artykułach i rozmowach w sieci dochodzę do wniosku, że ciężko jest karać za bezguście i chęć zysku (ciężko jest nawet z bezguściem dyskutować), ale można chwalić za dbałość o estetykę otoczenia, w którym żyjemy. Na miejscu ustawodawców dodałabym zapis o fakultatywności przepisów ustalonych w „Zasadach i warunkach..” – przedsiębiorca nie musiałby się do nich dostosowywać. Korzystniej jednak byłoby dla niego, gdyby to robił, ponieważ za umieszczanie reklam zgodnych z wytycznymi czekałyby go niższe opłaty lokalne czy też ulga podatkowa. Obawiam się jednak, że mój pomysł nie zdobyłby popularności z bardzo prostego powodu – ogranicza wpływy do budżetu gminy. Mało tego – może się okazać, że to narzędzie w rękach gminy stanie się istotnym źródłem wpływów niczym bandyckie nawyki policji i straży miejskiej. Może skończyć się na manipulowaniu zapisami czy niekonsekwentnej ich interpretacji.

Ta ustawa prawdopodobnie nie byłaby potrzebna, gdyby nie wstrzymano prac nad reformą systemu planowania przestrzennego w Polsce i gdyby zakończyła ona proceder bezustannego wydawania decyzji o warunkach zabudowy zamiast uchwalania planu miejscowego dla całej powierzchni gminy. Póki co jednak braki musimy łatać takimi ustawami jak ustawa krajobrazowa, która zdaje się leczyć skutek, a nie przyczynę.

Monika Brodziak